-
dodano: 16.12.2007 o 00:17 dział: Imprezy klubowe
Chorzów
W ten dzień Polska grała z Portugalią na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Braliśmy udział nie tyle w zawodach na orientacje, co biegaliśmy po murawie stadionu. Wspomnienia z tego dnia pozostaną na długo w naszej pamięci
Relacja generała Wojoka
Chorzów, czyli urocze parkowanie
Jak zawsze wcześnie rano wybraliśmy się do odległego Chorzowa, a dokładniej do Wojewódzkiego Parku… eee mniejsza z tym, bo kto by zapamiętywał, co oznacza skrót WPKiW – pewnie Ania, bo w jej sprawozdaniu to znajdziecie.
Po raz kolejny okazało się, że mogliśmy jeszcze pospać z godzinkę, bo do startu mieliśmy dużo czasu. Usłyszeliśmy cudowną radę: „Idźcie sobie stadion pooglądać”. Nie podejrzewam, aby te słowa zostały wypowiedziane złośliwie, ale konsekwencje naszego skoku na stadion będziemy jeszcze długo wspominać.
Aby nasz napad się udał rozdzieliliśmy się na dwie grupy uderzeniowe o zbliżonej sile rażenia. Do grupy szturmowej należał Dawid, Wojok, Pan i Władca. Grupę dywersyjno- propagandową tworzyli Ania, Mateusz, Ania K. (szpieg wrogich sił), Kacper i Sylwester. Ci dwaj ostatni są członkami wrogiego klubu „Ł-owce”. O przebiegu walk możemy dowiedzieć się z raportów prosto z pola bitwy:TajnePoufne
Do dowódcy akcjiGrupa szturmowa melduje dostanie się na teren stadionu, wejście na murawę oraz wymianę obuwia Portugalczyków na odpowiednik rosyjski (gorszy jakościowo). Melduję również, że grupa została zauważona dopiero po opuszczenia strefy zero, więc wszelkie podejrzenia zostały odsunięte.
generał Wojok
Do dowódcy akcji
Grupa dywersyjno- propagandowa melduje o całkowitym niepowodzeniu. Zostaliśmy dwukrotnie rozpoznani i przepędzeni. Donoszę również, że stadion był ciągle pilnowany, a strażnicy używali wulgarnego słownictwa, abyśmy opuścili to miejsce.
major Anna
(wiadomo, już dzięki komu Polacy wygrali ten mecz z Portugalią)
Po tym miłym akcencie wróciliśmy na start, gdzie po fachowej odprawie ruszyliśmy w teren. „Mappa” była pomysłowa jednak nie do końca zrozumieliśmy ideę przyświecającą LOPce co zaowocowało bieganiem po całym parku w poszukiwaniu altany. (Cholera, po co komu 20 altan w jednym parku). Jednak od momentu, w którym odkryliśmy, gdzie jest obserwatorium wszystko poszło z górki.
I tak wszystko skończyłoby się w miłej atmosferze gdyby nie pewien „wypadek”. Otóż siedzieliśmy sobie spokojnie, gdy nagle… bluzka Ani zaczęła płonąć. Nie zwlekając więc, chlusnąłem życiodajnym napojem w kierunku Ani, aby zażegnać niebezpieczeństwo. Moja akcja okazała się tak szybka, że Ania nawet nie zauważyła płomieni… Więc nie wiem dlaczego wydarła się na mnie, a do dzisiaj, gdy trzymam w ręce jakąkolwiek ciecz woli omijać mnie szeroki łukiem.
![]()